prostydomek.pl

Sami odpowiadamy za to, jak żyjemy. Ja staram się żyć prost. PROSTY DOMEK to miejsce, gdzie przeczytasz o moich doświadczeniach i przemyśleniach z obszaru organizacji życia rodziny. Będzie mi miło, jeśli przyjemnie spędzisz czas a może nawet weźmiesz sobie stąd coś dla siebie.

Zabawki z umiarem- o to warto zadbać!

Zabawki z umiarem- o to warto zadbać!

Zabawki pomagają w rozwoju różnych sprawności naszych dzieci. Nie mam nic przeciwko zabawkom. Zabawki są w porządku. Ale do momentu kiedy nie przesadzi się z ich ilością. Gdy jest ich zbyt dużo, przytłaczają a dziecko ostatecznie nie wie, czym ma się bawić. Warto zadbać o to, by zabawki w domu były z umiarem. A kto to ma zrobić, jak nie my rodzice? Tylko, żeby to było takie łatwe…. Sama jestem mądra dopiero po fakcie. Tym bardziej wiem teraz, że zabawki z umiarem to same plusy. I że samo się jednak nie zrobi. O to trzeba zadbać. A jak? Niech moja (niestety niedoskonała droga) będzie dla Was wskazówką. W dzisiejszym wpisie powiem Wam, co już wiem na temat zabawek i jak zadbać o ich umiar. O czym przekonałam się na własnej skórze.

Kiedyś, gdy sama byłam młodą mamą brakowało mi właśnie takich informacji. Nie miałam punktu odniesienia. Raczej kierowałam się artykułami, które zachwalały przeliczne zabawki, a prawie każda z nich mianowana była pomocą dla rozwoju naszego dziecka. Nie trafiłam na artykuły o życiu w nadmiarze zabawek. A szkoda…

Będzie to wpis jakże inny od tych, w których zachęca się nas do kupowania najróżniejszych zabawek dla naszych dzieci.

Mój wpis zdecydowanie nie jest dla osób, które biorą życie tak jak leci i nie myślą o zagraconym pokoju malucha. O tym, że kiedyś te zabawki trzeba będzie wyrzucić po prostu albo oddać innym dokonując czasochłonnej segregacji lub sprzedać co również zabierze sporo czasu. Takie osoby mogą mnie po prostu nie zrozumieć.

Dziecko nie potrzebuje każdej nawet tej najlepszej, najwartościowszej zabawki.

Jestem mamą już z ośmioletnim stażem i dziś patrzę na zabawki inaczej niż siedem lat temu. I chciałabym patrzeć na nie kiedyś dokładnie tak jak patrzę na nie teraz. W mojej kieszeni zostałoby sporo pieniędzy a moje dzieci na niczym by nie straciły. Mówię to z całą świadomością. Zawsze jest się mądrzejszym po fakcie. Wyciąga się wnioski.

Aby uniknąć nadmiaru zabawek potrzebne jest przekonanie, że nasze dziecko nie potrzebuje każdej nawet tej najlepszej, najwartościowszej zabawki.

I często właśnie brak tego przekonania jest główną przyczyną tego, że w naszym mieszkaniu zabawek jest zbyt dużo.

Co myślałam o zabawkach kilka lat temu?

Zobaczcie jak spojrzenie na ten temat może się zmienić w ciągu zaledwie kilku lat. Kiedyś myślałam o tym, że moje dziecko musi je mieć i nie ograniczałam się w tym temacie. Ich ilość była dla mnie nieważna, najważniejsze, żeby mieć czym się bawić. No bo co zrobić, gdy na propozycję budowania kolejki albo gaszenia pożaru dziecko odpowiada NIE? Trzeba mieć kolejne asy w rękawie.

Tak myślałam kiedyś. Też tak myślisz? To jesteś w pułapce tak jak ja kiedyś.

Miesiąc po miesiącu budowałam naszą „bazę” zabawek. Wóz strażacki, policyjny, mały, duży, seria Boba Budowniczego, gdy była na niego faza, klocki Lego Duplo, drewniane to już klasyk, więc też muszą być, resoraki, no bo chłopcy i tak dalej i tak dalej. Dokładnie tak samo w temacie zajęć plastycznych. Plastelina, ale dla urozmaicenia ciastolina, kredki takie i owakie, farbki, kolorowanki. Cuda wianki.

Nigdy nie było u nas zagracenia. Zabawki miały swoje miejsce na półkach i dzieci uczyły się odkładać je na swoje miejsce. Ale i też ta nauka sama nie przychodziła, trzeba dzieciom było tłumaczyć spokojnie i cierpliwie.

Bywało często, że moje dzieci ciągle nie miały w co się bawić. A ja zamiast zredukować ilość zabawek w pokoju, zastanawiałam się, co by tu dokupić, by wreszcie „trafić” w ich zainteresowania.

A co o zabawkach myślę teraz?

Nie wiem jak, na pewno wiem, że sama do tego wniosku doszłam, że tych zabawek chłopcy mają za dużo. Że nie tędy droga. Że jeszcze parę lat przed nami z tymi zabawkami, ale jak tak dalej pójdzie, to moje dzieci nie będą umiały się bawić zabawkami, tylko będą umiały je oglądać, przekładać itd. Nie natrafiłam na żaden mądry wpis ani na artykuł w gazecie. Nie wiem, czy po prostu potrzeba temu rodzicowi czasu na to, by sam się zorientował, że nie tędy droga?

Teraz myślę, że zabawki są potrzebne, ale nie można przesadzić z ilością. Brak jakiejś zabawki, która rzekomo pozwala na nabycie takich a takich umiejętności absolutnie nie spowoduje, że dzieci tej umiejętności nie nabędą.

Gdy ma się wszystko, nic tak mocno nie cieszy

Dzieci nie doceniają tego, że dostają nową rzecz, gdy dostają te rzeczy zbyt często. To dla nich jest wtedy zupełnie naturalne, oczywiste. Dla rodziców naturalne, dla wszystkich. Biorą taką zabawkę i często wcale nie staje się ona ulubioną, tylko albo szybko się psuje, bo jest słabej jakości albo ląduje gdzieś w kącie zapomniana. I tak właśnie powstaje nadmiar.

Złoty środek

To my rodzice musimy zapanować nad umiarem, albo najlepiej od razu zadbać od początku o umiar. My w pewnym momencie mocno ograniczyliśmy ilość zabawek dzieciom, wychodząc z założenia, że nie mając czegoś użyją swojej fantazji, i wymyślą te potrzebne rzeczy w swojej głowie.

Kiedyś mieliśmy kuchnię, garnki plus owoce, warzywa do zabawy. Wszystko takie fajne. Kusi, żeby dziecko takie rzeczy miało. No nas też skusiło. Gotowania było trochę, ale jeszcze więcej bałaganu. Do garnków lądowały wszystkie możliwe części zabawek, lego … no wszystko. Najbardziej wkurzało przy tym wiecie, że oni mieli do gotowania warzywa, owoce, jakiś chleb czy frytki. Ale to wszystko gubiło się wśród innych zabawek. Robił się zawsze bałagan. I kto to miał sprzątać? Dzieci nawet gdyby je poprosić chyba nie dały by najzwyczajniej rady oddzielić i posortować te wszystkie zabawki. Ja w którymś momencie się poddałam. Komplet sprzedaliśmy i skończył się ten cały rozgardiasz. Resoraki wreszcie zaczęły być resorakami, a klocki klockami. A moje dzieci ciągle miały się czym bawić. W pokoju dalej były zabawki.

Dziś mój młodszy syn piecze torty w misce mojej kuchennej przy użyciu tylko zwykłej słomki i wypieka je na półce ławy w salonie. Są niewidzialne, ale wypieka najróżniejsze, czekoladowe i truskawkowe uwierzcie mi. Potem kroi nam po kawałku. Można? Można….

Ja już przeszłam przez ten cały etap od grzechotki po Lego. W połowie drogi poszłam po rozum do głowy na szczęście dla mnie i myślę też i dla dzieci.

Gdybym miała tę wiedzę co teraz i gdybym miała teraz zostać z tą wiedzą mamą z pewnością kupiłabym tych zabawek o wiele wiele mniej. I głowę miałabym spokojniejszą, bo nie myślałabym, co by tu jeszcze tym dzieciom kupić, żeby miały się czym bawić.

Inną sprawą jest, gdy widzimy, że dziecko coś wciągnęło na maksa, że na przykład rycerze to teraz cały jego świat. To super !!! To warto kupić mu od czasu do czasu kolejną np. figurkę. Wszystko będzie dobrze, jeśli zostanie zachowany umiar.

Bo też nie chodzi mi o to, żeby nie kupować czegoś, co dziecku frajdę przynosi, tylko raczej o to, by nie kupować wszystkiego na ślepo, co tylko rynek oferuje.

A jak jest u Was? Na jakim jesteście etapie? I jakie macie podejście do zabawek? Chętnie się dowiem, czy miałyście podobnie jak ja. Piszcie proszę w komentarzach.

Dodaj komentarz

Close Menu